Jest 5:30, sobota. Mój ulubiony dzień. Wolne. Wolne od ludzi, wolne od szkoły, wolne od zmartwień i trosk. A co do zmartwień, ach. Mój głupi braciszek najwidoczniej już się obudził. Tego dnie nie chciało mi się wstawać, a dlaczego? odpowiedź jest prosta. Mam 17 lat, mieszkam z rodzicami, dziadkowie mi umarli i musimy się przeprowadzić. To znaczy rodzice chcą się przeprowadzić mnie o nic nie pytali, z resztą jak zwykle. No nic, puki mam 17 lat muszę się ich słuchać. Ale to się jeszcze zmieni. No nic innego mi nie pozostaje jak wstać z tego łóżka i dokończyć pakowanie. Nikt tu za mną nie będzie tęsknił, bo przyjaciele mnie pożócili. miło z ich strony. Dobra, wygramoliłam się z łóżka i udałam się w stronę szafki, by wyciągnąć jakieś ciuchy. Wybrałam to :
Zrobiłam poranną toaletkę i udałam się na dół by zjeść śniadanie. Odziwo nikogo tam nie było. Zdziwiło mnie to trochę. No ale trudno, tym więcej tostów dla mnie. Roskoszowywałam się każdym następnym kęsem, bo wiedziałam, że są to moje ostatnie posiłki spożyte w tym budynku. No ale żyje się dalej, nie zważają na przeciwności losu, trzeba iść pod prąd. Tak zawsze powtarzała moja babcia, kochałam ją bardzo,szkoda że jej tu ze mną nie ma. Po zjedzeniu posiłku ruszyłam na piętro dalej się pakować, mijając po drodze mojego głupiutkiego braciszka. Przy drzwiach do mojego pokoju stała podenerwowana mama, musiałam coś przeskrobać. tylko co?.
- no nareszcie przyszłaś ile to mozna jesc sniadanie? mam nadzieje z jestes spakowana -no to mam przechlapane.
-em...jeszcze się nie spakowałam, ale
-em...jeszcze się nie spakowałam, ale